Strony

niedziela, 20 października 2013

1. It's time to begin, isn't it?


Miałam ogromną ochotę na spacer po Gdańsku, chociaż pogoda całkowicie temu nie sprzyjała. Od rana nad całym wybrzeżem krążyły potężne chmury, zwiastujące nic innego jak tylko ulewny deszcz. Było jeszcze tyle rzeczy, które to miasto miało mi do zaoferowania, a z których nie mogłam skorzystać z powodu panującej aktualnie aury.

Nigdy nie sądziłam, że Polska zauroczy mnie tak bardzo. Wiele osób przestrzegało mnie przed tym krajem, dlatego postanowiłam bardzo dokładnie zaplanować swoją podróż. Podczas nieprzespanych nocy jeszcze w Los Angeles odnalazłam w internecie wiele ciekawostek na temat miejsc, które chciałam odwiedzić, przestudiowałam wszelkie problemy, które mogą stanąć na mojej drodze oraz przyswoiłam wszystkie obowiązujące w tym kraju zasady. W rezultacie byłam niesamowicie zadowolona ze skrzętnie przygotowanego planu podróży, który jakimś cudem współgrał z moim wypełnionym po brzegi kalendarzem i promocją nowego filmu. Potrzebowałam oddechu po wszystkim, co wydarzyło się przez te ostatnie wakacyjne miesiące. Życie okazało się być dla mnie zbyt intensywne, by kontynuować je, stojąc jednocześnie twardo na nogach. 

Odwiedziłam już wiele miejsc i poznałam wielu niesamowitych ludzi, w wielu z nich się zresztą zakochałam bez pamięci - zarówno w miejscach jak i ludziach - ale potrzebowałam odmiany. Dlatego, mimo że Londyn znałam jak własną kieszeń a Paryż za każdym razem mamił mnie swoim pięknem, chciałam czegoś zupełnie innego. Wtedy przypadkiem natknęłam się na dokument o Polsce. Samotna podróż wydawała się być jedynym ukojeniem, co nie zmieniało faktu, że przerażała mnie ona całkowicie.

Jak się później okazało, decyzja była bardziej niż trafiona, ponieważ bez pamięci zakochałam się w witających mnie z otwartymi ramionami góralach, w polskiej wódce, która pewnej ciepłej nocy przelewała się hektolitrami, we wrocławskiej i krakowskiej starówce oraz w kopalni soli w Wieliczce. Byłam wstrząśnięta tym, co zastałam w Oświęcimiu, zwiedziłam dokładnie fascynujący cmentarz na Powązkach i próbowałam opanować piszczenie, podskakując wraz z kolejnymi tryknięciami poznańskich koziołków.

Gdańsk był ostatnim celem mojej podróży i kiedy popijając kawę w jednym z trójmiejskich Starbucksów, dotarło do mnie, że za następnego dnia będę musiała z Polski wyjechać, zrobiło mi się jakoś dziwnie nieprzyjemnie. Czas płynął zdecydowanie zbyt szybko, mimo to nie żałuje żadnej z chwil spędzonych w Polsce. Może poza tym szarym popołudniem, które odbierało mi ochotę do dalszych wojaży. Pozbywając się z łyżeczki ostatniej warstwy bitej śmietany, która wcześniej tak pięknie zdobiła moją caffe mochę, wpatrywałam się zaciekle w tętniącą życiem gdańską ulicę. Uwielbiałam obserwować ludzi, ich gesty, mimikę oraz ruchy, a następnie dopisywać do nich przewijające się wyłącznie w mojej głowie scenariusze.

*

Wskoczyłam do jednej ze stojących nieopodal taksówek, zaśmiałam się głośno, po czym przejechałam dłońmi po przemoczonej  kurtce(x). To zwariowane jak szybko kilka kropel deszczu zmieniło się w istną ulewę. Z lekkiego zamyślenia wydostał mnie zmęczony głos kierowcy. Mężczyzna miał ponad czterdzieści lat, był schludnie ubrany w białą koszulkę polo i rozpinany sweterek, który podciągnął się odrobinę, gdy ten obrócił się w moją stronę.

- Przepraszam, nie rozumiem. - Uśmiecham się delikatnie, próbując załagodzić łapiącą go pewnie jesienną chandrę.

- Gdzie zabrać? - rzucił w znanym już przeze mnie języku, przez co moje usta rozciągnęły się ku prawemu kącikowi.

- Do... - wypowiedziałam delikatnie, jednak dopiero wtedy dotarło do mnie, że nie wiedziałam tak naprawdę, gdzie chcę jechać. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie miałam żadnego pomysłu, ponieważ ani nie byłam głodna, żeby udać się do restauracji, ani na tyle zmęczona, żeby wrócić do hotelu. Dlatego rozszerzywszy bardziej oczy, z lekką paniką spojrzałam za okno, szukając jakiegoś punktu zaczepienia.

Moją uwagę od razu przykuło stojące na światłach auto. Samochód ustrojony był w szalik w biało-czerwonych barwach i dwie małe, plastikowe polskie flagi. Siedzący z przodu rodzice, tak samo jak uśmiechnięte z tyłu dzieci, wydawali się być niezwykle podekscytowani. Dopiero po chwili dostrzegłam, że w zasięgu mojego wzroku znajdowało się kilka samochodów udekorowanych w podobny sposób.

- Gdzie oni wszyscy jadą? - spytałam się w końcu zaciekawiona. Byłam jednak świadoma poirytowania kierowcy, który zerkając na mnie w lusterku, rzucił już kilka popularnych w tym kraju przekleństw.

- Jadą do Ergo Areny, panienko - poinformował mnie, kiedy samochód ze szczęśliwą rodzinką odjechał ze skrzyżowania. - Mamy w Gdańsku Mistrzostwa Europy w siatkówce i Polacy grają dzisiaj o awans. Jestem pewien, że będzie wielkie widowisko. - Uśmiechnął się, zdecydowanie ożywiony poruszonym tematem.

- W takim razie ja też chcę tam jechać. - Pokazałam mu moje całe uzębienie, licząc na to, że rozchmurzy się choćby troszeczkę i chyba cel swój osiągnęłam, ponieważ  po chwili pokaźny brzuch mężczyzny zatrząsł się lekko, a z jego ust wydobył się głośny rechot.

- Zawieźć mogę, ale nie obiecuję, że uda się panience na halę wejść - odpowiedział, lecz dostrzegłszy goszczące na mojej twarzy niezrozumienie, dodał - Bilety są wyprzedane już od kilku miesięcy, sam próbowałem się na nie załapać, niestety - nie udało mi się. - Mój uśmiech zanikał z każdym kolejnym słowem taksówkarza. - Chyba, że ktoś pod halą będzie je sprzedawał na własną rękę. Zawsze znajdzie się taki, co odda je za dużo większą cenę.

Nie potrzebowałam większej zachęty, dlatego uśmiechnęłam się szeroko i wypiszczałam niemal - Nieważne! Pan wiezie, panie...

- Darek.

- Pan wiezie, panie Darek. - Mężczyzna przytaknął mi roześmiany, po czym odpalił samochód i włączył się w ruch uliczny.

Mimo że trasę pokonaliśmy dość szybko, tumult ludzi zebranych pod halą zatorował nam drogę na dobrych kilka minut. Poddenerwowany taksówkarz, rzucając - jak mi się wydawało - przekleństwami, próbował przedrzeć się przez biało-czerwony tłum. Kiedy mu się to udało i wyszłam z samochodu, wir ludzi od razu porwał mnie w swoje objęcia. Przeszłam zaledwie kilkanaście metrów, kiedy na mojej drodze stanął mężczyzna, na którego kurtce przyklejona była kartka z napisem "bilety/lístky/tickets". Z uśmiechem pobiegłam w jego stronę i po krótkiej rozmowie zakupiłam wejściówkę w cenie dwustu pięćdziesięciu złotych.

Zanim udałam się do wejścia, moją uwagę przyciągnęły jeszcze stragany wypełnione biało-czerwonymi koszulkami zawodników. Kibicowanie komukolwiek innemu poza Polakami nie wchodziło dzisiaj w grę. Obiecałam to zresztą miłemu panu taksówkarzowi.

- Przepraszam - krzyknęłam w stronę młodej dziewczyny, która wraz z matką zajmowała się sprzedażą reprezentacyjnych gadżetów. - Chciałabym kupić jedną z nich. - Wskazałam na sprzedawaną odzież.

- A czyją dokładnie? - Dziewczyna spojrzała się na mnie ciekawskim okiem i modliłam się tylko, żeby nie była to fanka Glee.

- A czyja jest najpopularniejsza? - rzuciłam pierwsze, co przyszło mi do głowy.

Wątła brunetka nie odpowiedziała, uśmiechnęła się tylko sprytnie i po chwili wręczyła mi zafoliowany t-shirt. Zapłaciłam, rzuciłam okiem na nadrukowane na koszulce nazwisko oraz przypisany do niego numer i nie czekając już na nic, ruszyłam w stronę okazałej hali. Będąc już w środku, od razu udałam się do łazienki, przebrałam się w biało-czerwone barwy, by po chwili rozpocząć poszukiwanie swojego miejsca. Z pomocą obsługi szybko udało mi się je znaleźć. Śladem innych zapakowałam kurtkę pod krzesełko, z którego zgarnęłam wcześniej czerwony kartonik i z coraz szybciej bijącym sercem wpatrywałam się w wypełniającą się po brzegi arenę. Chłonęłam atmosferę panującą na hali każdym możliwym zmysłem i z niewyjaśnionego powodu zapiszczałam cicho wraz z wiwatującą publiką z powodu pojawienia się polskiej reprezentacji.

Już dawno nie poczułam takich emocji, jak podczas hymnu Polaków. Ciarki czułam nawet na swoim nosie, żałując tylko, że nie jestem w stanie odśpiewać tej narodowej pieśni razem z tysiącami przybyłych na mecz kibiców. Zrobiłam więc jedyną rzecz, którą mogłam w tej sytuacji zrobić - uniosłam czerwony kartonik najwyżej jak tylko się dało. Przymknęłam na moment oczy, wczuwając się w patetyczny niemal hymn, którego słowa silny, męski głos wyśpiewywał z pasją wprost do mojego ucha. Uchyliłam powieki dopiero, gdy usłyszałam gromki aplauz, któremu wtórował charyzmatyczny głos spikera.

Atmosfera na meczu była fantastyczna. Nie jestem w stanie powiedzieć, ile razy zapiszczałam, zaklęłam głośno czy wykrzykiwałam w swoim ojczystym języku słowa zachęty w kierunku gospodarzy. Niesiona kolejną turą meksykańskiej fali, uśmiechałam się od ucha do ucha. Ręce bolały mnie od oklasków, gardło piekło od okrzyków, mimo wszystko ból nie wydawał się być nigdy tak przyjemny i satysfakcjonujący.

Wtedy właśnie, kiedy całej hali udało się wykonać poprawnie siatkarskiego harlem shake'a, poczułam na sobie czyjś wzrok. Odwracając się w prawo, modliłam się tylko, żeby ktoś mnie przypadkiem nie rozpoznał. Uwielbiam swoich fanów, ale ostatnie czego teraz chciałam, to natarczywy, zapłakany gleek. Tak bardzo zależało mi na prywatności podczas tego wyjazdu i nawet nie pomyślałam, jak bardzo tę swoją prywatność narażałam, przychodząc na mecz wraz z tysiącami biało-czerwonych głów. Ku mojemu zaskoczeniu - dzięki czemu odetchnęłam ze spokojem - zamiast na rozemocjonowaną, nastoletnią twarz, moje oczy natrafiły na bardzo wysokiego bruneta ubranego w szarą bluzkę z orłem na froncie. Na nosie miał okulary, a prawy kącik jego ust unosił się delikatnie.

Był przystojny. Bardzo przystojny, jeśli mam być szczera. W dodatku zawsze miałam słabość do mocno zarysowanych szczęk.

- Podoba mi się twoja koszulka. - Usłyszałam w końcu jego męski głos i dotarło do mnie że to właśnie on z takim zaangażowaniem wyśpiewywał polski hymn.

- Dzięki - odpowiedziałam niepewnie, nie rezygnując jednak z uśmiechu. - Dopiero co ją kupiłam.

- Czemu akurat biało-czerwoną? - kontynuował, już całkowicie przyciągając moją uwagę w przerwie technicznej podczas trzeciego seta.

- Polska okazała się być dla mnie niezwykle gościnna, dlatego postanowiłam się jej zrewanżować i zedrzeć sobie dla niej gardło - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, szczerząc się jak dziecko. Brunet zaśmiał się krótko, aczkolwiek dźwięcznie i z jakiegoś powodu wywołało to jeszcze szerszy uśmiech na mojej twarzy. - Swoją drogą wyszukiwałam wzrokiem siatkarza z dziewiątką, jednak nie mogłam go znaleźć. Dziwne, skoro to podobno najpopularniejszy zawodnik.

Przez jego twarz przeszedł delikatny grymas i mimo że starałam się skupiać głównie na powracających na boisko drużynach, nie umknął on mojej uwadze.

- Bartman nie gra na Mistrzostwach - poinformował mnie krótko.

- Dlaczego? - spytałam, lekko zawiedziona faktem, że mam na sobie koszulkę nieobecnego gracza.

- Nie zmieścił się w turniejowej czternastce - odpowiedział mi brunet i wydawało mi się, że w jego głosie wyczułam smutek. - Nie jest obecnie w dobrej formie.

- Szkoda, bardzo chciałabym zobaczyć go w akcji.

- Uwierz mi, ja też. - Uśmiechnął się do mnie jakby boleśnie, po czym wbił wzrok w boisko. Polacy przegrywali w tym secie już od dłuższego czasu, kiedy na placu boju pojawił się zawodnik z trzynastką.

*

Cieszyłam się jak dziecko, skacząc razem z całą halą w rytm dosyć prostej piosenki. Z jednej strony otulałam ramieniem plecy bruneta, który silnie przytrzymywał mnie w miejscu swoją dużą dłonią,  z drugiej zaś kobietę w średnim wieku. Czułam się prawie jak na koncercie, a widok podskakujących trybun wywoływał we mnie niewytłumaczalną radość. Zaklaskałam mocno w dłonie, dumna z siebie i towarzyszących mi na sali osób. Nie zastanawiając się zbyt długo, uderzyłam w wysunięte przede mnie dłonie i spojrzałam na zadowoloną, jednak jakby przytłumioną od emocji męską twarz. Mecz zbliżał się do końca. Dwie dobre zmiany pozwoliły Polakom znów poczuć smak euforii.

Wygrali, Polacy wygrali! A ja biłam brawo najmocniej, jak potrafiłam, mimo że nie czułam już rąk. To było niesamowite. Celebracja zwycięstwa zajęła kibicom dobre kilkanaście minut - przez ten czas udało mi się ochłonąć wyłącznie częściowo. Nie mogłam również nie zauważyć kolejki nastolatek, ustawiającej się nieopodal mojego sektora i poczułam, jak nagle ogarnia mnie panika. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zamiast do mnie, podchodziły one do towarzyszącego mi podczas meczu bruneta, który z uśmiechem pozował do każdej fotografii. Przyglądałam się temu z lekkim zdziwieniem, zmrużyłam oczy nawet mocniej, kiedy kilka wpatrzonych w niego jak w obrazek dziewcząt posłało w moją stronę mordercze spojrzenia.

- Nie wiedziałam, że siedzę koło gwiazdy. - Zaśmiałam się cicho, spoglądając na niego z ciekawością, kiedy hala zaczynała pustoszeć. Brunet uśmiechnął się szeroko, jednak zanim zdążył odpowiedzieć, pewien elegancko ubrany mężczyzna z mikrofonem klepnął go porozumiewawczo w ramię. Obaj przywitali się ciepło, chłopak pokiwał twierdząco głową i po chwili znów zostaliśmy sami. - Kim jesteś? - zażartowałam, nie mogąc powstrzymać zdziwienia. Oboje zaśmialiśmy się głośno, po czym i on zaczął świdrować mnie wzrokiem.

- A ty?

Nienawidzę, kiedy ktoś odpowiada mi pytaniem na pytanie, jednak musiałam przyznać, że ciekawość zżerała mnie od środka. Dlatego sięgając po jedno z fałszywych imion, których używam podczas swoich podróży, powiedziałam - Ja jestem Charlie.

Brunet uśmiechnął się szeroko a jego rozbawione oczy rozświetliły się, kiedy ściskał moją dłoń. - A ja Zibi, - powiedział mi - Zibi Bartman.

Zszokowana otworzyłam szeroko oczy i widząc jego promienisty uśmiech, poczułam, jak ciepło wpływa na moje policzki.




To jest taki jakby prolog czy coś.
Tak bardzo chciałam to skończyć na już, a to jest tak do kitu, że aż mnie rzuca. W dodatku nie wiem, jak udaje się wam tak świetnie pisać w pierwszej osobie, bo dla mnie to koszmar i katorga. Całkowicie nie potrafię się w to wczuć i wydaje mi się to tak nudne, że nikt pewnie tego nawet nie doczyta do końca.
Jakby ktoś jednak to zrobił, byłby zdziwiony tą jej słodkością i tym całym piszczeniem Dianny i nie potrafiłby sobie tego wyobrazić, tutaj znajdziecie rozwiązanie na waszą rozterkę: (x) i  (x)
Przemyciłam wam w dodatku mały Zbychiał
Aha, jeśli pojawi się mały (x) koło soundtracku to znaczy, że jest to wersja Glee - tak dla zainteresowanych, taka mała ciekawostka
Idę sobie popłakać :(

15 komentarzy:

  1. Lila, Ty mnie rozwalasz tymi swoimi fickami na maksa :D to jest świetne, a pomysł jeszcze lepszy :P pisałam Ci już, że uwielbiam te Twoje opisy, bo tak fajnie można się w daną sytuację wkręcić dzięki nim i ja się tak czułam czytając tą część! Jakbym tam była (swoją drogą może się komuś wydawać, że jak można rozpoznać Zibiego a nie Diannę, ale chyba nikt się tam u nas jej nie spodziewał i stąd dziewczyny bardziej Bartmanem zainteresowane :P )
    Czekam na następną część i masz mi to pisać, bo jak nie to się obrażę. O, tyle na razie ode mnie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że tak entuzjastycznie do tego podchodzisz :) Dokładnie tak, nikt się Di nie spodziewał, ale SPOILER chyba ktoś ją tam jednak dostrzegł
      napiszę, napiszę, czekam tylko na większe zainteresowanie :P

      Usuń
    2. Omg to ty Lizz? Spojrzałam na pierwszą literkę i od razu pomyślałam, że to Lena, ale Lena napisała komentarz poniżej i wtf, Lizz ma blogspota?!

      Usuń
  2. bardzo podoba mi się ten pomysł i mimo, że nie mam nic wspólnego z Glee to zamierzam czytać i to z wielką przyjemnością
    czekam na kolejną część, a no i nie zapominaj o ShortLove, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bardzo się cieszę i właśnie o to mi chodziło, żeby ludzie nie kierowali się Glee, bo to jest opowiadanie z nim niezwiązane w żadnym wypadku :)
      short love będzie miało bardzo długi epilog i pisze się on topornie, jako że nie chcę streścić tej dużej ilości scen a je opisać, dlatego tak wolno to idzie, w dodatku ciężko mi jest pożegnać się z SL

      Usuń
  3. przestań, to wcale nie jest do kitu! mi się bardzo podoba, szczególnie ta rozmowa o 'zawodniku z dziewiątką'. a ten Zbychiał jest okrutnie miniaturowy :<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cieszę się, że ci się podobał :* okrutnie miniaturowy, ale coś jednak wam dałam, co nie? :P nie wiem, może jeszcze gdzieś Michała wcisnę :P Specjalnie dla ciebie

      Usuń
  4. Myślę, że spodoba mi się to bardzo. Też nie mam nic wspólnego z Glee więc nie będę niczym się sugerować. Może i wspomnienie ME ciągle boli ale czytało się to świetnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale obczaiłas te dwa linki, co zamieściłam w notce? :p
      taaak, wspomnienie ciągle świeże, ale ja dzień po ME napisałam sail także :P lubię siebie i was katować

      Usuń
  5. Wcale nie jest nudne, jest fajne i podoba mi się reakcja dziewczyny jak Zibi jej się przedstawił, chyba jej się głupio zrobiło He :) czekam na dalszy ciąg :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrobiło jej się głupio, choć nie powinno. Super, że czytasz również to ;)

      Usuń
  6. nigdy w życiu nie spodziewałam się takiego połączenia, ale cholernie mi się podoba, bo jest całkiem inne niż wszystkie. ; >
    a poza tym no uwielbiam jak piszesz i to się chyba nie zmieni.
    ahh, i uwielbiam Dianę, kocham i ubóstwiam. :D
    pozdrawiam vi.!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fanka Glee? haha Dianna jest najsłodszą osobą na świecie, koneic kropka!
      super, że zagościłaś też tu :) Zapraszam na swoje wszystkie blogi :)

      Usuń
  7. Szczerze mówiąc (właściwie to pisząc), nigdy nie miałam styczności z serialem "Glee", więc nie miałam pojęcia kim jest owa dziewczyna. Ale gdy tylko weszłam na zaproponowane przez Ciebie linki, z miejsca polubiłam Diannę - jest cholernie urocza! :) Cieszę się że nie przestałaś pisać, bo czytałam każde twoje opowiadanie i zawsze byłam pod wrażeniem twojego stylu pisania.
    Życzę Ci duuuużo weny,
    Pozdrawiam cieplutko, Amelia :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Cześć, jak się masz? Nazywam się Diogo i używam teraz tłumacza Google Chciałem poznać kontekst tej historii, ponieważ bardzo mi się podobało Żegnaj i całuj swojego pierwszego fana w Brazylii

    OdpowiedzUsuń